– Rainie... Kazałem Angelinie pokazać mi gablotę z bronią. Jednej sztuki brakuje. Nie

- Nie - wyszeptała z trudem. - Nie miałam z nią kon¬taktu...
Przylot wędrownych ptaków na planetę Małego Księcia nie był czymś wyjątkowym. Ale też nie były to jakieś
Piękne oczy. Niebieskie i czyste jak jezioro wśród gór. Mogłaby w nich zatonąć. Byleby tylko nie myśleć o tym, co się stało.
- Ingrid akurat nie przepada za dziećmi. Zresztą, to taka dość przelotna znajomość, nic poważnego. A Henrym po¬trafię zająć się sam.
Jeszcze żadna kobieta nie działała na niego w ten sposób, co zdumiewało o tyle, że Tammy nie była w jego typie. To znaczy w typie, jaki dotąd preferował, a którego dosko-nały przykład stanowiła Ingrid.
- Już pani mówiłem. Niania.
- Bycie kwiatem jest dla mnie czymś, czym muszę być, ale mogę być czymś więcej. Mogę być wszystkim, nie
Pani Burchett zawahała się.
- Nie rozumiem.
ma odpowiedzieć.

- Wyjdziesz wreszcie, czy mam zawołać strażników?
- Chciałbyś, żeby on wrócił? - spytał Mały Książę.
- Masa czasu. Dwadzieścia jeden lat panowania ci nie wystarczy?

Próbowała zebrać myśli. Pomimo najlepszych intencji odpowiedź na to pytanie uwięzła

- Ależ urosłem! - zachwyciła się. - A taki byłem malutki, jak się urodziłem! - Przeniosła spojrzenie na Tammy i uśmiechnęła serdecznie. - Ach, a to jest ciocia...
Popatrzył na nią tak, jakby miał przed sobą przybysza z obcej planety.
Westchnął ciężko i z desperacją wzburzył włosy dłonią.

Ochmistrzyni zaprowadziła Tammy do pokoju dziecin¬nego. Henry potulnie przyjął zmianę miejsca, tak zresztą jak potulnie przyjmował wszystko. Z jednej strony było wy-godnie mieć takie grzeczne dziecko, które nie grymasiło, nie płakało - bo wiedziało z doświadczenia, że to nic nie da. Z drugiej strony ta nienaturalna grzeczność niezmiernie niepokoiła Tammy. Zdrowy dziesięciomiesięczny malec po¬winien domagać się uwagi! I to głośno!

ojcem, skazanym na wyczekiwanie przy szpitalnym łóżku, człowiekiem jak wszyscy inni,
nasycenie powietrza ozonem i efekty zwierciadła wodnego zdarzają się nierzadko
do jego mózgu, wyrwie go dobiegający

- Nie!

65/86
Wsiadłszy w Modrooziersku na pokład parowca „Święty Wasilisk”, Polina Andriejewna
Ten człowiek (właśnie człowiek, a nie istota z innego świata) chce